Tranceformations. Nasz nowy pamiętnik.

Recenzję kolejnych Tranceformations powinienem zacząć od opisywania nagłośnienia i pokazu laserowego. Albo jeszcze lepiej. Poszukać nazw firm zapewniających jedno i drugie i wkomponować je w tekst. Ale o tym nie napiszę. Każdy, kto uczestniczył w tegorocznej (zimowej) edycji wie, że wszystko co najważniejsze, było na świetnym poziomie. I muzyka, i nagłośnienie, i artyści, i pokazy laserowe.

Z pewnością znacie te rzewne filmiki podsumowujące stare eventy. Albo zamknięcie klubu bądź etapu klubu, który towarzyszył waszej młodości. Sam znam kolkoro trzydziestolatków, którzy żyją filmem z sunrise 20XX. Ok, mi też szklą się oczy, kiedy widzę te nagrania. Kiedy słyszę te stare utwory, sety, i widzę emerytowanych już dj’ów. Staromodne ciuchy i styl tamtych czasów. Z jednej strony wspominanie jest naturalnym odruchem człowieka, dla wielu czasem nawykiem podtrzymującym ich na duchu w codziennym funkcjonowaniu. O ile wspominanie dosięga i mnie, to zwykle staram się przekuć to w motywację do tworzenia nowych, jeszcze lepszych wspomnień. Nie pozwalam sobie utonąć i ugrzęznąć w starych.

Dlatego Tranceformations, to najlepsze, co mogło nam się trafić. Tym wszystkim, którzy chcą pisać nowe historie w swoim życiu w oparciu o najlepszy dla nas schemat. Dzięki takim muzycznym nocom nikt nie musi wyczekiwać oldschool night czy retro party. Mamy wreszcie miejsce, które zaczyna nową opowieść.

Na lutowych Tranceformations było wszystko: idealnie dla moich uszu ustawione nagłośnienie. Line-up, który sobie wymarzyłem. (Dobra, wymarzyłem sobie Pattersona i Suckleya, ale reszta też się nieźle wspasowała). Obsługa alkoholowa wystarczająca, lepsza niż na poprzedniej edycji i na pewno będzie jeszcze lepsza na następnej. Jedyne, czego brakowało to…magii. Jest pewna atmosfera, pewien rodzaj charyzmy, który występuje na wielu festiwalach. I nie jest on zależny jedynie od lineupu, formy, wielkości imprezy czy rozmachu. Taki duch pojawia się wtedy, kiedy ludzie, choć się nie znają, mają wrażenie, że spotykają się wspólnie od kilku lat. I tworzą atmosferę miejsca. To normalne, że z tym zjawiskiem jeszcze nie mieliśmy do czynienia, bo to właśnie taki etap rozwoju eventu. Moim zdaniem najlepszy. Jest trochę jak faza zakochania. Chcesz więcej, nie dbasz o konsekwencje, a życie widzisz tylko w różowych barwach.

Dlatego Tranceformations to najlepsza część nowej historii. Zaczyna nas wciągać, a my w to brniemy. To obietnica nowego etapu w naszym, nie tylko muzycznym życiu.

Bo, jak mawiał klasyk, często droga jest ważniejsza, niż cel.

To z pewnością najbardziej fascynująca część tego przedsięwzięcia. Ta obiecująca nową, niezapomnianą przygodę i dożywotnie wspomnienia, które będą tworzyć nasze przyszłe życie. Kto wie, jakie ono będzie? Co będzie przed nami? Będą wzloty i upadki, będzie cierpienie, ale zawsze później radość. Jedno jest pewne. Pamiętnikiem kolejnej części historii naszego życia dalej będzie najpiękniejsza muzyka na świecie.

Unbreakable.

2017-05-09T13:27:47+00:00
%d bloggers like this: