Nie ufaj oczywistościom

Muzyka

Tranceformations 2019 Toruń. Tu byłem, zobacz jak się bawiłem!

Tranceformations 2019 Toruń. Tu byłem, zobacz jak się bawiłem!

To była zdecydowanie długa noc. Jedna z dłuższych imprez, w jakich uczestniczyłem. Wcale nie dlatego, że line-up miał 20 nazwisk. Złożyło się na to wiele czynników: wczesny przyjazd na miejsce (pierwszy raz!), tęsknota spowodowana oczekiwaniem na kolejny event i zbyt daleka droga do baru. Dzięki tym kilku splotom okoliczności mogę przedstawić wiele wrażeń z soboty. Zaburzę jednak nieco hierarchię wydarzeń. Po pierwsze dlatego, że inaczej mi to tylko przeskrolujesz, pod drugie to pójście na łatwiznę. Poza tym ja mam w głowie zazwyczaj bałagan, a nie porządek, wiec tak będzie uczciwiej.

Nie wiem, czy to przez zmianę ciśnienia, hormony w kurczakach czy andropauzę, ale znów najlepiej bawiłem się na secie Jordana Suckleya. Wreszcie czuję tempo, które nie pozwala mi się zatrzymać, a jednocześnie jest na tyle zmienne, że odróżniam utwór od utworu i całość nie jest nużąca. A ja lubię, kiedy dj ma sporą władzę, jego granie nie polega tylko i wyłącznie na jak najlepszym dopasowaniu utworów do oczekiwań publiki. Podoba mi się, kiedy dj panuje nad tłumem, wskazuje mu rytm, sprawdza jego granice wytrzymałości za pomocą konsoli niczym uderzeniem pejcza… dobra, to skręca w niebezpieczne rejony. No fajnie było, no.

Chris Schweizer to postać, na którą czekałem najbardziej. Wszystkich innych miałem już okazję podziwiać na żywo, a jego nie. Obserwuję jego działalność od dawna, mocno mnie intryguje. W mediach społecznościowych spokojny facet, posturą (podobnie jak ja) nie straszy. Ale jak już odpali rakietę, to ja do niej wsiadam i mknę. Te melodie, linie basowe i masywność dźwięków w jego utworach to nutella na moje uszy (na miód jestem uczulony). W Toruniu z jakiegoś powodu zdecydował się zagrać tak powoli, jakby jet lag trzymał go za dłonie. Przyspieszył, ale dopiero na koniec i to już chyba było za późno, żeby zasłużyć na piątkę. Nie nazwę tego występu rozczarowaniem, bo owszem, pokazał kunszt, ale z pewnością pozostał niedosyt. Może i tak miało być.

Kiedy widzę 4strings, to wiem, jak wygląda mijający czas. Pamiętam ich z lat świetności i mam z tym całkiem świeże wspomnienia. Odnoszę jednak wrażenie, że takich jak ja powoli jest coraz mniej, a reszta ma obawy, czy to jakieś dwa okazy z Jurassic Park nie przedarły się właśnie za konsolę. Oczywiście, zagrali porządnie, nieśmiertelne klasyki zawsze się sprawdzą, zwłaszcza gdzieś pośrodku imprezy. Klasa, klasa, klasa, ale już taka ostatnia liceum, maturalna. Mimo wszystko dobrze jeszcze ich zobaczyć i posłuchać!

Muzyczny artysta tego wieczoru to z pewnością Kai Tracid. Niby na koniec, ale wstyd było nie tańczyć. Co za człowiek, co za legenda, co za dobór utworów. Czapki z głów i ukłony. Lubię, kiedy muzyk potrafi odpowiednio balansować pomiędzy popularnymi dźwiękami a undergroundowym stylem. Z tego zawsze wychodzi najlepsza mieszanka.

Prawie całego seta Johana Gielena oglądałem z boku. Czekałem na kumpla, który poszedł po wodę i wrócił po trzech piwach, bo znalazł dodatkowe żetony niepytamgdzie. Jeśli 4strings to dinozaury, Gielen jest krokodylem. Łączy dawne lata ze współczesnością. Jest na bieżąco, choć niezbyt aktywny. Ale lepsze to, niż pozostać tylko wspomnieniem z Trance Energy 1765.

Neelix to jest dopiero oryginał. Hipster trancu i podobnych gatunków. Kupuję to, bo kipi z tego niesamowita energia, a jego styl wydaje się niepowtarzalny. Poza tym ruchliwy za konsolą, co wcale nie zdarza się zbyt często. Petarda!

Arkham Knights, Thrillseekers, RAM. Na ich setach oglądałem kolejną (a jak się okazuje, nie ostatnią) kompromitację Realu w meczu z Barceloną. Byłem bardzo wk… i dlatego akurat oni nie mogą mi się dobrze kojarzyć. Zaczaję się na nich gdzieś indziej, niech ochłonę…

Tranceformations to już jest marka. Nie spieprzcie tego.


%d bloggers like this: