Restauracyjne wykluczenia. Kto o czym decyduje?

Pierwsze miejsca, w których serwowano jedzenie, nie powstały w celu dopieszczenia kubków smakowych gości. Chodziło jedynie o nasycenie ludzi, by mogli dalej robić to, co mają robić. Czyli ciężko pracować. Zaspokajanie kulinarnych fantazji było zarezerwowane dla władców i możnych. Choć oni zazwyczaj mieli restauracje u siebie i żeby pochwalić się swoimi kucharzami, wydawali uczty. Takie kółko wzajemnej adoracji. Te jadłodajnie dla ubogich oferowały natomiast zwykle całą gamę usług: od toalety z daszkiem na zewnątrz po mało komfortowy nocleg.

To były dawne czasy.

Usługi restauracyjne ewoluwowały, stały się dostępne również dla powstałej klasy średniej. Nie trzeba było więc być szlachcicem z wąsem, by udać się na wykwintną kolację. Choć wąs najczęściej jednak pozostał. Zmieniły się obyczaje. Obowiązuje ładny strój, sztućce wielorazowego użytku i szklanki z logo. Nie przychodzi się nażreć, a skosztować dań, których zazwyaczaj sami byśmy nie zrobili. Z braku umiejetności lub czasu.

Z socjologicznego punktu widzenia restauracja jest także miejscem spotkań, lansu, budowania pozycji społecznej. Obowiazuje tam również zasada nieobrzydzania innym przyjemności konsumpcji w jakiejkolwiek formie i dostosowyania się do wymagań właściciela. Ten porządek w ostatnim czasie zaczął być burzony przez różne grupy czujące się uprzywilejowane. Najczęściej z powodu posiadania dziecka. Tak, jakby tym dzieckiem obdarzali cały świat.

Karmienie piersią. Nie tylko w restauracjach, ale w miejscach publicznych w ogóle. To temat, który co jakiś czas wraca. Coraz więcej akcji, coraz więcej aktywistek, coraz mniej rozumu.

Mentalność niewolnicza nakazuje wielu oczekiwać od państwa regulacji w każdej dziedzinie życia. Tak samo w przypadku zażywania narkotyków, posiadania mrówek czy sikania na siedząco. Często niestety takie regulacje pod ich naciskiem powstają. Następniete aktywistki pragną wymóc na właścicielu lokalu (restauracji, galerii handlowej etc.) ich bezwzględną akceptację! A przecież wszędzie obowiązuje każdemu znana już regulacja – Wolnoć Tomku w swoim domku! Właściciel galerii może napisać na drzwiach, że nie życzy sobie osób palących, w kapeluszach, z krzywym zgryzem, męską kitką, dziurawych slipach (albo w ogóle slipach, tylko w bokserkach – jak przystało na mężczyznę). I cóż, ma do tego święte prawo. A prawem osób niezgadzających z jego postanowieniem jest nieprzychodzenie do tego miejsca, bojkotowanie go, opowiadanie znajomym jak bardzo tego miejsca nie lubią i co by z tym skurwysynem właścicielem zrobiły. I żeby poczuł taki ból, jak przy porodzie. I mogą to nawet opowiedzieć na swoim facebooku albo wyrazić oburzenie w lokalnych mediach.

To samo dotyczy wywołanego ostatnio przez jednego z włoskich restauratorów zakazu przychodzenia z dziećmi. Jestem pewien, że ja i wielu innych nieposiadaczy z pewnością wyraża dla tego pomysłu wielką aprobatę. Ale rozumiem również drugą stronę, która czasem potrzebuje do restauracji udać się całą rodziną. Jedynym logicznym i humanitarnym wyjściem jest pozostawienie właścicielom lokali możlwiości decydowania o profilu swoich gości. Bez oburzania się z powodu wykluczenia społecznego i innych tego typu absurdów. Może. Bo jest jego. I koniec.

Wszystko składa się z kilku prostych zasad, których przestrzeganie pozwoli uniknąć wszelkich nieporozumień. Klient musi pamiętać, że w restauracji jest gościem. Z tej pozycji wynikają obowiązki i przywileje (nie prawa! przywileje). Jedynym z obowiązków jest dostosować się do wymagań gospodarza, a przywilejem jest opuścić lokal. Prawem rynku gastronomicznego natomiast jest korzystanie z dowolnej restauracji.

2017-04-27T13:46:41+00:00
%d bloggers like this: