Nie ufaj oczywistościom

Trzeci punkt widzenia

Mercury, Jackson, Cobain… nigdy więcej takich idoli. Dlaczego nie obejrzę „Bohemian Rhapsody” i „Leaving Neverland”?

Mercury, Jackson, Cobain… nigdy więcej takich idoli. Dlaczego nie obejrzę „Bohemian Rhapsody” i „Leaving Neverland”?

Wspomniane Bohemian Rhapsody, Leaving Neverland i co tam jeszcze. W ostatnich miesiącach powstaje coraz więcej produkcji dokumentalnych, paradokumentalnych czy fabularnych, które opowiadają o życiu dawnych gwiazd lub filmy obnażające niewygodną i nieznaną o nich prawdę. Ludzie uwielbiają ten szajs i z lubością zanurzają się w tej kiczowatej nostalgii. Koncerny rozrywkowe wciąż wałkują temat i serwują to pospólstwu zgodnie z zasadą, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. A ja wam powiem, że nie obejrzę żadnego z nich i każdy normalny człowiek powinien postąpić identycznie.

Po pierwsze zawsze uważałem, że na naszą uwagę i pamięć powinni zasługiwać ludzie zacni. Tacy, którzy dokonali czegoś, co zmienia życie innych w pozytywny i realny sposób. Niestety, zakochiwanie się i idealizowanie ludzi ze świata popkultury to taka damska domena, co nie oznacza, że realizowana wyłącznie przez kobiety. One odbierają świat na poziomie emocji bardziej niż faceci, a skoro śpiew czy gra jakiegoś narkomana takie wywołuje, to je zwyczajnie przyciąga. Często wbrew plastikowej charyzmie czy nawet wątpliwemu talentowi.

Po drugie, bohaterowie dawnych lat to często przykłady ludzi, których życie w głównej mierze jest po prostu obrzydliwe i naznaczone ułomnościami, w które SAMI się wkręcili. Tak! To nie wina środowiska, wpływu rodziców, dzielnicy, szkoły, nauczycieli, prezydenta czy ocieplenia klimatu. Ich niecne życie jest spowodowane zbyt wysokim poziomem tolerancji ich fanów. Wielu ludzi bagatelizuje występki idoli i jest wręcz dziwnie wyrozumiała wobec czynów, których u kogokolwiek innego by nie zaakceptowała.

Całe swoje świadome życie kwestionuję panującą zasadę, że artyście wolno więcej. To największa bzdura współczesnej popkultury, doprowadzająca do upadku wiele gwiazd, które być może nie zrobiłyby ze swojego życia takiego syfu. „Hehe no wiesz, artysta!” – ileż już takich opinii słyszałem jako usprawiedliwiający komentarz do głupiego, dziwnego czy nadmiernie ekscentrycznego zachowania któregoś z idoli. Może wciągał kilogramy koksu z tyłka swojego partnera, ale za to jak śpiewał! No może gwałcił dzieci, ale tworzył takie wzruszające utwory o niszczeniu matki natury. Chlip. Niestety, artyści na przestrzeni lat wykorzystywali to przyzwolenie na całkowitą wolność, czasem i bezkarność oraz brak odpowiedzialności. Korzystali na tym, że to, co normalnego człowieka eliminuje ze środowiska, im uchodzi płazem. Ba! Staje się nawet zaletą i wabikiem! I tak, jak uwielbiam ludzi, którzy zachowują się niestandardowo i idą pod prąd, tak uznaję, że są pewne niepodważalne normy współżycia. Wzruszę więc ramionami na widok piosenkarza w dziwnych spodniach, ale wyjdę natychmiast, gdy zobaczę, że naćpany zaczyna lizać mikrofon.

Powiedz mi, jak to jest, że kolega z liceum, który codziennie chodzi spalony to ćpun i pajac (i słusznie), ale pan wokalista wciągający śnieżnobiały proszek ze złotego lusterka, to już jest taki fajny. To jest takie classy i pociągające?! Jeszcze najlepiej niech wytyka jęzor i pokazuje faka. A jeśli na kolejnym zdjęciu głaszcze dziecko w ramach uczestniczenia w akcji humanitarnej, no to już tylko przed nim klęknąć. Bo to taki ideał – łobuz, ale z serduszkiem. Dla mnie to ta sama kategoria degenerata ludzkiego i żaden z nich nie zasługuję na moją uwagę.

Wszystko jednak swoje źródło ma w innym, także popularnym i bezsensownym powiedzeniu, że dzieło jest bytem odrębnym od samego twórcy. Przyjrzyjmy się temu bliżej. Z pozoru wydaje się to logiczne. To, że podoba ci się piosenka, nie oznacza, że popierasz wokalistę alkoholika i dziwkarza. To, że podoba ci się obraz, nie oznacza, ze lubisz malarza narkomana i tak dalej. Ale to tylko pozory. Jeśli masz do czynienia z dziełem stworzonym przez ćpuna, alkoholika, pedofila, satanistę, idiotę czy zwyczajnego świra, to w jego dziele znajdują się tego pierwiastki. One na pierwszy, złudny rzut oka mogą być nawet atrakcyjne i mogą wydawać się całkowicie niewinne, bezpieczne. Ale w konsekwencji przebywanie z nimi nie daje nic dobrego.

Moi idole są normalni. To nie oznacza, że każdy żyje tak samo. Jedni mają rodziny, inni żyją sobie sami (niech będzie dla nowomówców, że są singlami). Po prostu i zwyczajnie im nie odbija. Żeby zrobić dobry utwór czy napisać ciekawą książkę, nie potrzebują się upodlić najlepszym towarem w mieście. Tworzą świetną muzykę czy piękne obrazy. I w dodatku, dzięki w miarę higienicznemu trybowi życia, robią to regularnie. Okazuje się, że nagranie płyty co roku nie jest problemem. Nie trzeba swojego lenistwa tłumaczyć jakąś gadką, że „musiałem dorosnąć do tej płyty” czy czymś w stylu „tam są osobiste teksty i nie byłam na to gotowa”. Plis. A w dodatku wiem, że wartość ich dzieł będzie miała na mnie tylko pozytywny wpływ. I działalnością takich ludzi, nie tylko artystów, radzę Ci otaczać się na co dzień.

Jak to mówią, choose your idols wisely.


%d bloggers like this: