Nie ufaj oczywistościom

Piłka i książki piłkarskie Trzeci punkt widzenia

Jürgen Klopp, czyli ile jest Niemca w Niemcu. Czy Robimy Hałas rzeczywiście zasługuje na rozgłos?

Jürgen Klopp, czyli ile jest Niemca w Niemcu. Czy Robimy Hałas rzeczywiście zasługuje na rozgłos?

W Bundeslidze panuje taka zasada, że piłkarz zagraniczny musi być dwa razy lepszy od niemieckiego, by mógł w niej grać. W Polsce panuje zasada, że Niemiec musi być cztery razy bardziej sympatyczny od człowieka innej narodowości, by zasłużyć na względny szacunek. Na ile ten warunek spełnia Jürgen Klopp?


Książkę o nim dostałem od Mamy na urodziny, więc przeczytałem ją wyjątkowo dokładnie i starannie. Nie oznacza to jednak, że Robimy hałas… miała u mnie taryfę ulgową. Skoro Kloppo to jeden z najlepszych trenerów świata, to oczekiwania wobec biografii też muszą być spore. A więc do dzieła. Zajrzyjmy.


Pierwsza refleksja, jaka przychodzi mi na myśl po przeczytaniu ostatniej strony, dotyczy jej specyficznej konwencji. W książce zastosowano wiele zabiegów mających na celu sprawienie wrażenia polotu i luzu, że niby na przekór stereotypom o Niemcach. A to mieszanie czasu i zaburzanie chronologii, a to wplatanie przekleństw bez cenzury. A na sam koniec czy też początek jeszcze druga część tytułu, czyli robimy hałas, która miała świadczyć, że czeka mnie jazda bez trzymanki przy energicznym soundtracku. Nic z tego tak naprawdę nie zadziałało. Zaburzenie chronologii jest takie trochę na siłę, jakby autor Raphael Honigstein stosował ten zabieg jedynie dla urozmaicenia, a nie większego efektu. Wplatanie przekleństw czy mniej cenzuralnych wypowiedzi w dzisiejszych czasach już nikogo nie zaskoczy, nie zrobi to na nikim wrażenia. Wulgarny i często plugawy język internetu, clickbaity, brukowce i ich tytuły zrobiły swoje. Jeśli chodzi o hałas – nie wybrzmiewa on z książki, sąsiedzi nie przychodzą z awanturą, nie czułem się też jak na rollercoasterze. Tak jak w znanym powiedzeniu piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy – tak w tym przypadku – Niemiec chciał napisać obcym mu stylem, a i tak wygrał ten niemiecki.


Ale czy to wszystko jest wadą książki? Absolutnie nie!


Historię Kloppa czytało mi się bardzo dobrze, płynnie przechodziłem z kartki na kartkę. Wracać czasem trzeba jedynie do nazwisk, zapamiętanie kolejnych typowo niemieckich bywa upierdliwe, to nie byli Werther’s Original. Biografia tego germańskiego okularnika będzie fascynująca zwłaszcza dla tych, którzy na początku wieku zaczynali interesować się piłką nożną i odróżniali już Real do Villareal. Przypominałem sobie tamte czasy, drużyny, mecze, piłkarzy, z którymi się utożsamiałem i rozgrywki, którymi wówczas żyłem. A z książki dowiaduję się, że gdzieś tam z tyłu, na zapleczu wielkiego futbolowego świata kształtował się trenerski geniusz Jürgena Kloppa. Szybko zdałem sobie sprawę, że ten uśmiechnięty gość naprawdę przeszedł wiele. I wtedy jego charakter i styl bycia jeszcze bardziej robią na mnie wrażenie. Bo przecież Klopp mógł stać się wielkim trenerem, ale jednocześnie nieprzystępnym mrukiem. Takim, który na wszelkie konferencje i wywiady przychodzi z konieczności albo za karę. Dziennikarzy nie lubi lub nienawidzi. Uważa, że media tylko przeszkadzajo i przecież wszystko widać na boisku (czytaj: bojsku). A mimo wszystko mamy do czynienia z człowiekiem, który co rusz nas rozbawia, ociepla wizerunek piłki na najwyższym poziomie. Pokazuje, że nawet wielka presja i odpowiedzialność za wyniki nie musi oznaczać braku radości, uśmiechu, serdeczności i wiecznego sfochowania.

Kto w tej chwili przychodzi ci na myśl? Pewnie postać Jose Mourinho. Ale to nie takie proste, Klopp to nie do końca jego przeciwieństwo. Mou też potrafi grać w grę z mediami i skutecznie nimi manipulować (Jürgen, wbrew pozorom, robi coś podobnego). Przeciwieństwem Kloppa nie są trenerzy mniej uśmiechnięci, a ci, którzy uważają piłkę nożną za śmiertelnie poważną sprawę, a media chcieliby sprowadzić jedynie do roli narzędzia transmitowania meczów. Mam nadzieję, że łapiesz różnicę, bo ja obu tych trenerów bardzo lubię.

 

G…o na 1000 sposobów


Ale, ale, ale… żeby nie było tak słodko-pierdząco, książka ma swoje niewielkie, ale jednak wady. Zdarzają się błędy merytoryczne i techniczne, oczywiście nie są one specjalnie drastyczne i nie wpływają na kontekst treści. Odnoszę wrażenie, że tłumacz raczej nie jest fanem piłki nożnej, żeby nie powiedzieć, że w sprawach futbolowych jest kompletnym laikiem. No i słowo gówniany we wszystkich odmianach w ostatnich kliku rozdziałach pojawia się zbyt często. Serio, aż śmierdzi. Być może w języku niemieckim nie ma zbyt wielu synonimów scheisse, co nie łamie stereotypu tego narodu w kwestii nadzwyczajnej wyobraźni. Ale u nas to przecież zupełnie inna sprawa, my możemy przeklinać na 100 różnych sposobów. To właściwie jedyne dwie kwestie, do których się przyczepiam. Nie zmienia to faktu, że książka jest na swój sposób genialna i masz obowiązek ją przeczytać, jeśli  kiedykolwiek chcesz zabierać głos w sprawie Jürgena Kloppa. Bez tego backgroundu uwierz mi, nie wiesz o nim nic. 


A już na pewno powinieneś przeczytać Robimy hałas, jeśli chcesz przeżywać mecze z udziałem Kloppo (czy bardziej z udziałem jego drużyn) w zupełnie innym wymiarze.


Na sam koniec wyróżnię najlepszy i najcenniejszy aspekt tej książki. Pokazuje historię człowieka, który postawił się tłumowi i postanowił iść własną drogą.

Podążał nią, pomimo przeciwności, sceptykom chcącym sprowadzić go do bezpiecznego świata już raz ustalonych zasad i pomimo serii porażek na jej początku. A co najlepsze, pomimo tych licznych potknięć i niepowodzeń, pozostał człowiekiem pogodnym i radosnym. Nie stwierdził, że świat i ludzie, którzy w niego wątpili to ten sam i ci sami, z którymi funkcjonuje teraz i dlatego będzie odpłacał się tym samym. Umiejętnie odciął się od demonów przeszłości i pozostał po prostu normalnym i szczęśliwym człowiekiem. Czyli miks idealny – to, co na achim.tv cenimy najbardziej.


I powiadam Ci, lepsza historia z życia wzięta, nić kolejny coaching o wierzeniu w marzenia i osiąganiu celów.


Mamie dziękuję, a Ciebie prowadzę poniżej.

Przeczytaj coś w końcu.


%d bloggers like this: