Gdybyś nazywał się Cristiano Ronaldo, też chciałbyś się wynieść. O tym jaka przyszłość czeka Primera Division i co ma ona wspólnego z… polską wódką.

Spora część piłkarskiego i plotkarskiego świata żyje ostatnio tematem Cristiano Ronaldo. A dokładniej, domniemanego oszustwa podatkowego popełnionego przez najlepszego piłkarza na świecie. Jak zwykle, w przypadku takich spraw, ludzie szybko i sprawnie wydają osąd. Najczęstszy z nich, to krytyka lub super ostra krytyka zachowania piłkarza. Co najdziwniejsze, jednym głosem zaczyna mówić lud prosty i wszelkiego rodzaju eksperci. A to zawsze jest podejrzane.

Cristiano Ronaldo zarabia w Realu Madryt kosmiczne kwoty. Ma do tego pełne prawo, bo pieniądze te nie są wyłudzane, a dobrowolnie przekazywane od pracodawców i zleceniodawców. W Hiszpanii podatek dla ludzi najbogatszych wynosi nawet 50%. Połowę zarabianej kwoty. Nie przechodź obok tej informacji obojętnie. Wyobraź sobie. Każdy twój zawodowy ruch, każda prawidłowa decyzja, zagranie piłki. Krew, pot i łzy. Za wszystko otrzymujesz połowę kwoty widniejącej na umowie. Spoko? Czy jednak złość paruje ci z uszu?

Niestety, ten złodziejski system wręcz prowokuje do zwyczajnej obrony swojego majątku.

Jak wiadomo, na sumę zarobków CR7 składa się wiele różnych umów (np. marketingowych). Gdy mowa o tej o pracę, mimo wszystko sytuacja wydaje się jasna. Znasz warunki, podejmujesz pracę, zaciskasz zęby i próbujesz nie myśleć o konfiskowanej części. Zaraz znajdą się też ostatni sprawiedliwi z hasłami: jeździsz po hiszpańskich drogach, oddychasz naszym powietrzem, posuwasz nasze dziewczyny, więc płać za to (swoją drogą warto policzyć, ile instytucji, stanowisk i jak dużą część Madrytu utrzymuje Portugalczyk). Natomiast czym innym są prawa do wizerunku. Image piłkarza jest już zależny wyłącznie od niego, wkład państwa w tę wartość jest zerowy. Hiszpańskiemu fisksowi należy się więc z tego tytułu okrągłe zero.

A sportowiec, ba – każdy szanujący siebie i swoją pracę człowiek – ma wręcz obowiązek znaleźć takie rozwiązanie, by jego pieniądze nimi pozostały.

Złość Cristiano Ronaldo na klub również jest uzasadniona. To oczywiste, że władze Realu Madryt wiedziały o rozwiązaniach finansowych swoich piłkarzy i je akceptowały. Pośrednio również na nich korzystały, bo piłkarzowi łatwiej było zrzec się dużej sumy z klubowego wynagrodzenia, jeśli mógł odbić sobie ją na innym polu. Inaczej wymagałby od pracodawcy większej sumy. Po oskarżeniach rzucanych w stronę CR7 słusznie spodziewał się on obrony jego osoby ze strony klubu. Ten jednak nie jest śmiały w swoich poczynaniach, wydaje jedynie ogóle oświadczenia, zamiast zająć jednoznaczne i twarde stanowisko.

Po części sytuację Realu również można zrozumieć: boją się tej samej instytucji.

Hiszpański fiskus zdążył już zagrozić klubowym władzom wzmożoną kontrolą finansów w przypadku radykalnych posunięć w tej sprawie.

Najwięcej śmiechu zmieszanego z politowaniem wzbudza kampania w Hiszpanii Wszyscy jesteśmy fiskusem. Według pomysłodawców, przypomina, że podatki idą na rozwój państwa i są dobrem wspólnym. Szkoda jednak, że ci, którzy przyczyniają się do tego rozwoju najbardziej, są też najmocniej prześladowani.

Cristiano uratuje dla mnie Moratę.

Alvaro Morata. Jeden z najbardziej romantycznych piłkarzy w klubie. Kocha Los Blancos miłością czystą, ale raczej nieszczęśliwą. Real Madryt jest dla niego kochanką perfidną. Wykorzystuje uczucie, kiedy tego potrzebuje, ale na stałe wybiera kogoś innego. Odkąd Morata zaczął grać w pierwszej drużynie, to w nim upatrywałem przyszłej legendy klubu. Następcę Raula. Kogoś, kto odda serce na boisku bez względu na rywala i aktualną dyspozycję drużyny. Mówiąc zwyczajnie, kogoś na dobre i na złe. Morata udowadniał swoją wartość już wiele razy. I w Juventusie i w samym Realu. Jest piłkarzem, który ciągle się rozwija, do tego nienasyconym, niekalkulującym, ciągle głodnym gry. Takim, jakiego potrzebuje Real, który z niezrozumiałych powodów ciągle próbuje się go pozbyć. Gdyby do tego znów doszło, będzie to błąd i wielka strata dla Realu.

W całym zamieszaniu z hiszpańskim fiskusem i odejściem CR7 największym plusem może być pozostanie Hiszpana w Realu. Wiadomo, że klub zamierzał go sprzedać lub znów wypożyczyć. Sytuacja jedna sprawia, że Real jest zmuszony wstrzymać się z decyzją. W konsekwencji obaj piłkarze prawdopodobnie zostaną w klubie na następny sezon, co mnie ucieszyłoby podwójnie.

 Pazerny dwa razy traci.

To znane powiedzenie dotyczy nie tylko hiszpańskiego urzędu skarbowego. Może niektórych zaskoczę, ale w Polsce dużą popularnością cieszy się sprzedaż wódki. W 1998 r. zauważył to polski fiskus i zwietrzył kolejną możliwość dobrania się do pieniędzy obywateli, nakładając na polmosy wysokie podatki. Polacy przerzucili się wtedy na alkohol zagraniczny, który był tańszy. Sprzedaż krajowej wódki znacząco spadła, a dochody fiskusa uszczupliły się o ponad miliard złotych. W 2002 roku zmniejszono jednak akcyzę, no i dochody budżetu państwa znów sięgnęły prawie 4 mld. Takich fiskusowych historii są tysiące.

Oczywiście, wódka i piłkarze to zupełnie inna sprawa. Przynajmniej w Primera Division. Jednak sktuki dla hiszpańskiego fiskusa mogą być podobne. La Liga wyrobiła sobie świetną markę i dlatego na przestrzeni wielu lat największe gwiazdy piłki nożnej chciały w niej grać. Zgodnie z wartością, jaką dawali, otrzymywali również bardzo wysokie wynagrodzenia. Skutek tej urzędniczej nagonki będzie taki, że najlepsi piłkarze zwyczajnie nie będą chcieli grać w hiszpańskiej lidze. Sława sławą, prestiż prestiżem, ale każdy potrafi liczyć.  A nie wybierając Primera Divison, będą obniżać jej poziom podwójnie. Po pierwsze tym, że nie będą w niej występować, a po drugie tym, że będą zasilać kadry zespołów europejskich rywali.

Hiszpańskie zespoły mogą więc zacząć otrzymywać oklep od piłkarzy, którzy w innym systemie podatkowym strzelaliby gole dla drużyn z ich ligi.

Jej poziom podtrzymywany nie jest przecież wysoką sprzedażą gadżetów. Stracą hiszpańscy kibice, którzy będą oglądać gorszych piłkarzy. Nie tylko ci, którzy odwiedzają stadiony. Sława hiszpańskich klubów obejmuje przecież cały świat. O ile miejscowi fani nie odwrócą się od drużyny i nadal będą ją sponsorować, o tyle bezwzględna miłość skośnookich socios jest wątpliwa. A na koniec tego wszystkiego, zgodnie z alkoholową analogią, straci fiskus. Jemu zostanie już tylko ograbianie zawodników, których pensje będą kilkukrotnie niższe. Takie są skutki złodziejskich pomysłów.

2017-07-12T20:34:11+00:00
%d bloggers like this: