Finał Ligi Europy z zakazem radości, czyli zaraza atakująca kontynent. Sprawdź objawy.

Wczorajszy finał przywrócił Manchester United do elity. Choć Liga Europy to z pewnością rozgrywki gorszego sortu, to jednak fajnie być tym najlepszym wśród gorszych. Zwłaszcza, że ten tytuł premiowany jest awansem do Ligi Mistrzów. Jose Mourinho znów potwierdził, że jest genialnym taktykiem, który wie, jak zdobywać puchary. Dzięki temu kolejny rok i kolejny sezon może mieć innych w dupie. Od lat na The Special One przepuszczane są różne ataki, obwieszczające jego koniec czy brak rzeczywistych kompetencji. Do tego jest jednym z niewielu, którzy mają w pogardzie poprawność polityczną, pomimo wzlotów czy upadków nie liże nikomu niczego, a swoją bezczelność napędza wynikami.

Przytoczyłem te kilka cech Mou nieprzypadkowo. Bardzo, bardzo życzyłbym sobie, żeby takim charakterem jak Portugalczyk, wykazywali się także władze UEFA.

Po atakach terrorystycznych w Manchesterze kolejny raz udowodnili, że jaja mają co najwyżej w lodówce. Jak się bowiem okazało, z powodu ataku na koncercie gwiazdki dla mało rozgarniętej młodzieży, nie odbyły się żadne uroczystości związane z finałem całkiem dużego przecież wydarzenia. Na stadionie Friends Arena (ha ha ha) wstępem do finału miał być wsytęp Axwella i Ingrosso. Artystów, którzy muzycznie przewyższają pryszczatą Amerykankę o lata świetlne. Dodatkowo, odwołano także układ choreograficzny, do którego lokalne grupy przygotowywały się bardzo długo. Dumni piłkarze natomiast znów zostali zmuszeni, by jak ostatnie sieroty stanąć w kółku z głowami spuszczonymi w dół.

 

Co to oznacza?

Prymitywni terroryści kolejny raz osiągnęli swoje. Zastraszyli. Pozwolono im wpłynąć na organizację meczu i zaprzepaścić pracę pewnie nawet kilku tysięcy ludzi, którzy przygotowywali wspaniałe show. To przecież nie jest jeden dzień pracy. Być może dla niektórych artystów miał być to wieczór wieńczący karierę, a dla innych drzwi do jej otwarcia. Dla tysięcy kibiców w Sztokholmie okazja do wspólnego świętowania i zabawy, a dla restauratorów i właścicieli klubów okazja do ponadstandardowego zarobku. Całą te machinę pozytywnych i wzruszających zdarzeń, potrafił zaprzepaścić jakiś 23 nikczemnik. Ale zrobił to za pomocą jednej cechy, której konsekwentnie w większości pozbawiani są dziś europejczycy. Odwagi. Gdzieś tam przecież, z powrotem w smutnym na co dzień robotniczym Manchesterze zbierają się ludzie, by pokazać, że nie dadzą się zastraszyć. Pewni coś narysują, zrobią sobie zdjęcia, popłaczą i wrzucą to na fejsa. To jest absurd.

Jeśli ludzie chcą pokazać, że nie dadzą się zastraszyć, to podpowiem, ze najlepiej…nie dać się zastraszyć.

Odwaga nie polega na przyznaniu się do strachu. Odwaga, to wyjście na ulicę pomimo tego, że 2 km dalej wczoraj wybuchła bomba. Odwaga, to w takiej sytuacji po prostu robienie tego, co do nas należy. Nie wolno rezygnować z własnych planów, życia swojej społeczności. Odwaga to szacunek do pracy i energii swojej oraz bliskich nam ludzi.

 

Unia Europejska kolejny raz pokazuje, że klęczy przed terrorystami i przyjmuje wszystko, jak leci. Liczyłem na to, że piłkarskie rozgrywki będą ostatnim bastionem odwagi, a rozpieszczeni piłkarze, tak ochoczo używający wojennego słownictwa, wreszcie będą mieli swój mocny wkład w historię. Niestety, ktoś próbuje zarazić ich bezradnością i ciotowatością. Wierzę jednak, że zarówno sportowcy jak i przede wszystkim kibice nie poddadzą się tej epidemii i 3 czerwca będą radować się z europejskiego, piłkarskiego święta bez skrępowania. Tam, gdzie chcą i z tymi, z którymi mają ochotę. Mam nadzieję, że jako piłkarski kibic rzeczywiście masz odwagę, by się cieszyć.

Wykopmy strach ze stadionów!
2017-05-25T15:04:25+00:00
%d bloggers like this: