Czemu Bundesliga traci na atrakcyjności? Bo stworzyła potwora, który wymknął jej się spod kontroli.

Niemiecka liga – mimo, że często kojarzy się topornie, to jednak zawsze przyciągała rzeszę fanów. Także spoza kraju. W ostatnich latach konsekwentnie budowała swoją wartość i wydawało się, że zaraz, za chwilę dołączy do trójki najlepszych lig w Europie. Zapowiadano jej nawet drugie miejsce. Kibice z Anglii wskazywali je zaraz za Premier League, a hiszpańscy analogicznie za La Liga. Eksperci sygnalizowali, że poziomem już przebiła Serie A, a zaraz zrobi to także popularnością.

Od początku sceptycznie obserwowałem to dmuchanie niemieckiego balona, szczególnie, że ten sukces budowano najgorszym sposobem – wyrównywaniem.

To zawsze ładnie brzmi, a nigdy nie zdaje egzaminu. Liga włoska nie żyje suchymi statystykami czy obsesyjnym porządkiem. Wystarczyły pierwsze miesiące odbudowywania Milanu czy sukcesy Juventusu w Lidze Mistrzów, by kibice Bayernligi poznali swoje miejsce w Europie. Jeśli wyobrazicie sobie fanatycznego kibica klubu włoskiego i takiego samego klubu niemieckiego, to poczujecie różnicę. Do pewnego momentu da się budować klub piłkarski czy ligę na zasadach czysto biznesowych. Ale tylko do czasu. Później rządzi szczęście, przypadek, a przede wszystkim bezwarunkowa miłość. Kibicom niemieckim obca, a już na pewno w porównaniu Włochami.

Pamiętam jak kilka lat temu w niemieckiej piłce przeprowadzano rewolucję, która objęła oczywiście także Bundesligę. Ograniczenia w aspektach finansowych i strukturach właścicielskich miały doprowadzić do wyrównania poziomu klubów, a w konsekwencji do większej rywalizacji i atrakcyjności ligi. Krótko mówiąc: trzeba było zrobić tak, żeby Bayern co roku nie zgarniał wszystkiego. Jak widać, wszelkie akcje wyrównawcze, ingerujące w możliwości finansowania i uniemożliwiające realizowanie różnych, konkurencyjnych dróg do budowania przedsiębiorstw (którymi przecież są kluby) i osiągania sukcesu, szybko się wywracają. Na takich decyzjach tylko na początku korzystają słabsi i biedniejsi. Na dłuższą metę profity zaczynają czerpać wyłącznie wielkie firmy i korporacje. Nie dość, że wyprzedzają innych o lata świetlne, to powodują dokładnie odwrotny skutek do zamierzonego. Zamiast konkurencyjności i walki o klienta (np. kibica, widza), mamy dominację lub nawet monopol.

Dlatego nie ma co się dziwić, że jedynym kandydatem do mistrzostwa Niemiec w tej chwili jest Bayern Monachium.

Nie trzeba być wróżbitą Maciejem, żeby przewidzieć faworyta również na następne lata. Tak, Bundesliga na chwilę, na moment dała mniejszym powąchać mistrzostwa  Dała przejechać się złotym mercedesem, ale zaraz przesiąść się z powrotem do golfów.

Ale chwila! Przecież pozostaje jeszcze walka o wicemistrzostwo  trzecie miejsce, może będą emocje!?

Otóż walka o kolejne miejsca na podium jest fascynująca wtedy, gdy zespoły do końca liczą się walce o miejsce pierwsze. Możlwość wyprzedzenia faworyta w ostatnich kolejkach, zmiany na podium dające miejsce w pucharach – to rodzi wielkie emocje. Zdrowa konkurencja istnieje wtedy, gdy może działać i bić się o klientów na różnych obszarach i poziomach. A nie na wąskim polu świadomie zostawionym przez korporacje, które co jakiś czas, wykupują sobie najlepsze firemki dołączając je do swojej drużyny. Przypomina wam to coś?

2017-08-22T15:34:33+00:00
%d bloggers like this: